Kod władzy – relacja

Recenzja opublikowana za uprzejmością Stowarzyszenia Oberschlesien. Źródło: http://www.facebook.com/StowarzyszenieOberschlesien/posts/310154329067615

Od czego by tu zacząć. W zeszłym tygodniu grupa rekonstrukcyjna naszego Stowarzyszenia wybrała się w niedalekie, lecz szacowne strony; niedalekie od królewskiej stolicy, Krakowa. Tam też braliśmy udział w larpie „Kod Władzy – Zakon Rycerzy Wewelsburga”. Choć to tylko cztery osoby były, okazało się, że garnizon wcale nie musi być większy :) Natomiast po powrocie doszliśmy do wniosku, że należy spisać nasze przemyślenia, wnioski, odczucia i opinie; w ten sposób w mękach i bólach powstała niniejsza relacja.

Od razu ostrzegam – w poniższym tekście nie ma po co szukać peanów na jakikolwiek temat. Będzie krytyczny, szowinistyczny, narcystyczny. Narzekamy w nim, marudzimy, wybrzydzamy. Jesteśmy niewdzięczni, wyrażamy swoje nikomu niepotrzebne, ciasne i ograniczone zdanie. Nie zgadzamy się z ludźmi, którzy nie zgadzają się z nami. Ale mamy nadzieję, że będzie dużo takich, którzy się z nami nie zgodzą. Bo to zdrowe.

Najpierw krótko o larpie: był to alternatywny historycznie zjazd wysoko postawionych ludzi z najwyższych kręgów władzy państw-uczestników drugiej wojny światowej. Cel – podpisanie pokoju i skończenie tej cholernej wojny. Miejsce – zamek Korzkiew, użyczony na tę okoliczność przez gubernatora Generalnej Guberni, Hansa Franka. Czas – maj 1944 roku.

Zajechaliśmy na zamek w sobotę po południu. Nie było to jakieś późne popołudnie, impreza miała się zacząć najwcześniej o 17, ale pechowo dotarliśmy tak gdzieś około 14. To zawsze oznacza dużo czasu, żeby się rozejrzeć po okolicy, oraz mnóstwo czasu, żeby się tym czekaniem znudzić. Na szczęście uratowało nas to, że trafiliśmy do krainy wiecznej szczęśliwości :) Nie pytajcie.

Po paru telefonach okazało się, że organizacja nie siedzi na zamku od wczoraj, nie śpiąc po nocach i dogrywając najdrobniejsze szczegóły scenariusza. Pierwszy przedstawiciel grupy scenariuszowej miał się pojawić spokojnie o 15, a przyjechał w końcu chyba o 17. Ci goście z Krakowa albo mają żelazne nerwy, albo się niczym nie przejmują. A właśnie, skoro już mowa o organizacji – larp ten był wspólnym przedsięwzięciem dwóch grup – krakowskiej Larpowni, czyli twórców i „ogarniaczy” scenariusza, oraz katowickiej agencji „Kręci się!”, która, jak nam się zdaje, była odpowiedzialna za wynajem zamku, catering, fotografów, miejsca do spania i tym podobne sprawy logistyczne. Nie będę się rozwodził nad tym, że larp był tak naprawdę akcją promocyjną książki, bo to nie jest ważne dla nas, larpowiczów. Może poza faktem, że dzięki temu były na „Kod władzy” pieniądze. I to nieskromne.

Zakwaterowaliśmy się sami, nie czekając na pomoc organizatorów, w pobliskim (a jak mówimy „pobliskim”, to znaczy, że naprawdę był pobliski) ośrodku ZHP, wynajętym w całości na potrzeby uczestników. I tutaj czapki z głów, panie i panowie. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zadbanego, czystego i wyremontowanego domku wakacyjnego, jak tam. Była nawet ciepła woda w kranie! A stan czystości prysznica nie zniechęcał do kąpieli! Zostaliśmy tym faktem mile zaskoczeni. Równie zaskoczeni zostaliśmy przez rodzinę kotów, która, jak się okazało, zamieszkała w kołdrze jednego z łóżek. Co się dalej stało, pominiemy milczeniem.

Rozpoczęcie larpa, zaplanowane na 19, dłużyło się niemiłosiernie. Autokar z graczami przyjechał grubo po siedemnastej, czyli spóźnił się. Zdarza się? Zdarza się? Nie ma prawa się zdarzyć, wszystko ma być jak w zegarku!

Potem zaplanowano kurs tańca, rozdawanie ról i na końcu rozpoczęcie. Tak, nie przesłyszeliście się. Mimo, że żeby móc zagrać na „Kodzie władzy”, trzeba było się zgłosić minimum miesiąc wcześniej (nie licząc ról, na które nagle zwolniło się miejsce na parę dni przed), to same role dostawało się 10 (słownie: dziesięć) minut przed rozpoczęciem gry. To był pierwszy taki moment, w którym brew wędruje do góry, a umysł usilnie próbuje znaleźć wytłumaczenie dla zastosowanej linii postępowania. I nie znalazł. Ten pomysł naprawdę się nie sprawdził. Ja, będąc strażnikiem, dostałem: 1) kartkę z wytycznymi ochrony, będącą moją rolą podstawową, oraz 2) kartkę Zakonu Templariuszy, na której napisano, że moja rola żołnierza Wehrmachtu jest w sumie tylko przykrywką, i że mam działać dla mojego Zakonu, któremu jestem oddany całym sercem, itd. A tak w ogóle, to chcemy zabić Hitlera.

Zrozumiałbym bez większego problemu, gdybym dostał te 10 minut przed grą rolę zwykłego żołnierza garnizonu. W takim wypadku zadania są proste i jasne: stać na baczność, hailować wszystkim wyższym stopniem, pluć na SS-manów i pić piwo, jak oficer nie patrzy. Do takiej właśnie, w sumie bezstresowej roli się przygotowywałem cały ten boży miesiąc zwany majem.

A tutaj się okazuje, że nagle jestem członkiem tajnego zakonu, mam całą listę nazwisk ludzi których „znam” (czyli muszę się ich w pośpiechu nauczyć), zadania, które mam wykonywać, i osobowość, w którą muszę się wtłoczyć trochę na siłę. Po prostu nie da się tego zrobić w dziesięć minut. Taką rolę dostaje się minimum tydzień wcześniej, razem z pełnym opisem swoich współzakonników, najlepiej z ich zdjęciami, trzeba mieć czas na ustalenie tajnego uścisku dłoni, miejsc spotkań, procedur kontaktu, jak w każdym szanującym się tajnym stowarzyszeniu. Zabrano mi sporą część frajdy, jaka wynika z odgrywania osoby o podwójnej tożsamości.

O tyle dobrze, że każdy z uczestników dostał plakietkę z nazwiskiem i krajem pochodzenia. Bez tego nikt by się chyba nie znalazł na tym larpie. A plakietki były naprawdę świetnie przygotowane, nie jakieś obskurne plastikowe, tylko porządnie wydrukowane na kredowym papierze, małe, schludne kartoniki z odpowiednią flagą i nazwiskiem. Bomba.

Kolejna sprawa – stroje. Jako że większość z nas jest bardziej rekonstruktorami niż larpowiczami, przygotowując się do gry, bardzo dużą wagę przywiązywaliśmy do historyczności strojów. Mieliśmy nadzieję, że inni również potraktują sprawę priorytetowo i w wyniku tego będziemy mieli larp pełen ludzi w świetnych strojach. Trochę się jednak rozczarowaliśmy. Prawda, stroje były świetne. Były! Ale tylko niektóre. Wysłannicy Armii Jego Królewskiej Mości prezentowali się wyśmienicie (mundury), w porządku były też stroje cywilne (garnitury i fraki dla mężczyzn, a suknie dla kobiet) oraz ubiory wysłanników watykańskich (choć tutaj głównie dlatego, że ich stroje się nie zmieniły przez te 70 lat), ale już skórzane płaszcze, tudzież kurtki z Bundeswehry, przerobione na szybko na uniformy SS – to była mała abominacja.

To na początku – później, gdy gra się rozkręci, jakoś traci na znaczeniu fakt, że koleś, który celuje do ciebie z lugera, ma patki nadrukowane na kołnierzu, a nie wyhaftowane – i w ogóle to na złym mundurze. Chociaż, oczywiście, wolałbym zostać zastrzelony przez SS-mana, który jest porządnie ubrany. Bycie zastrzelonym przez SS-mana źle ubranego powoduje u mnie pewien niesmak.

Sam larp przebiegł dość szybko. Trwał może 4 godziny (na tyle był zaplanowany), co również nas zdziwiło, bo wcześniej nastawialiśmy się na grę tak od południa do 23. Okazało się, że cztery godziny wystarczą, a kompresja czasu gry spowodowała, że ciągle coś się działo. Oj działo się, działo.

Muszę przyznać, że klimat spotkania elit został oddany prawie idealnie. Cywilbanda w strojach wieczorowych, wyfraczeni kelnerzy (z których jedna połowa szpiegowała dla Watykanu, a druga w tym czasie planowała wysadzenie zamku w powietrze), wyprężeni na baczność strażnicy. Gdyby nie to, że co chwila ktoś sprawdzał z odległości dwudziestu centymetrów, jak się nazywam (pewnie żeby sprawdzić, czy to nie do mnie, szeregowego Sommera, ma sprawę najwyższej wagi państwowej) i co chwila ktoś ukradkiem czytał swoją rolę niczym ściągę na egzaminie, byłoby idealnie.

Teraz pokrótce powiem, jak moim zdaniem larp został skonstruowany – czyli podejście przydatne dla twórców larpów. Z tego co wiem, na terenie gry było ok. 70 osób, podzielonych na 11 grup jawnych (delegacje) oraz 12 grup tajnych (zakony, stowarzyszenia, grupy interesów). Każdy przynależał do którejś z grup jawnych, a większość – także do jakiejś grupy tajnej. Grupy miały cele wspólne dla wszystkich jej członków (np. ochrona miała, o dziwo, ochraniać przyjęcie). Cele grupy tajnej stały ponad celami grupy jawnej (co z tego, że jesteś członkiem ochrony, pieprz to, musisz zabić Hitlera). Role były rozdawane przed grą w kopertach. Co z tego wynika: wiedziałeś, że nie możesz ufać nikomu, komu powinieneś teoretycznie ufać, bo z tobą przyjechał (czyli ludziom z grupy jawnej, np. delegacja Włoch), za to musiałeś znaleźć ludzi, wypisanych na kartce grupy tajnej, którzy tworzą razem z tobą dany zakon/tajne stowarzyszenie. Czyli na przykład: jeden Włoch, jeden Rosjanin, jeden klecha z Watykanu i jeszcze amerykański Żyd na dokładkę. Tada! Tajne stowarzyszenie gotowe.

Prosty, nieskomplikowany sposób na stworzenie poplątanego, zawikłanego jak jasna cholera ciągu zależności. Gratulacje.

Co myślę o podobnym sposobie tworzenia celów postaci / grup / zależności, już chyba wystarczająco dobitnie napisałem.

Tyle narzekania. Pomimo wszystkiego powyższego, a dzięki świetnej lokacji, dobrej organizacji, najlepszym strojom drugowojennym, jakie widziałem dotychczas na larpie, a także świetnej grze pozostałych uczestników oraz niesamowitemu klimatowi zamku, bawiłem się świetnie. Było mnóstwo rzeczy, które mniej lub bardziej mnie drażniły, denerwowały, irytowały i powodowały święte oburzenie. A jednak kiedy przyjechałem potem do domu, z kacem oraz uśmiechem na twarzy, wiedziałem, że było dobrze. Wiedzcie, że jeżeli tylko będzie następna edycja larpa „Kod władzy”, będę tam.

Napisał, przy wykorzystaniu natchnionych komentarzy i spostrzeżeń swoich, Piotra Pietrzoka oraz Piotra Biełki,

Krzysztof „Ciastek” Szczęch

Tutaj natomiast macie zdjęcia, co prawda nie moje, ale z moimi płynącymi z serca opisami :)
http://www.facebook.com/media/set/?set=a.309844812431900.72738.286189761464072&type=1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *