Recenzja: Mruczanka z Krainy Snów

Drugiego lutego miałam okazję wziąć udział w kolejnym z krakowskich larpów musicalowych, organizowanym przez Narien, Markotkę i Samalaia, który swoim klimatem nawiązywał do dzieła Andrew Lloyda Webbera „Cats” oraz systemu RPG „Cat – a little game about little heroes”. Gracze, jak nietrudno się domyślić, mieli okazję wcielić się w przedstawicieli kociej społeczności, zamieszkujących opuszczoną altankę gdzieś na przedmieściach i broniących niczego nieświadomych ludzi przed groźnymi boginami żyjącymi „na lewej stronie rzeczywistości”.

Sam pomysł wydał mi się bardzo obiecujący, dlatego z niecierpliwością wyglądałam dnia gry. Przyznam szczerze, że moje oczekiwania były bardzo wysokie. Lubię zarówno wspomniany musical, jak i koty w ogóle, a możliwość stworzenia odpowiedniego kostiumu, układów tanecznych i przede wszystkim – spojrzenia na świat z kociej perspektywy – dawała miłe poczucie wyzwania i odejścia od larpowych schematów. Dodatkowo apetyt zaostrzyła bardzo solidnie napisana zapowiedź, pozwalająca dzięki nawiązaniom do dziecięcych wyliczanek i kołysanek lepiej wczuć się w bajkowo-koci klimat.

Niestety, poza świetnym tekstem zapowiedzi, faza przygotowań przebiegła tak sobie. Osobiście należę do zwolenników wczesnego wysyłania ról graczom, ponieważ daje to możliwość przemyślenia postaci i lepszego przygotowania się do gry. Wiem, że niektórzy prowadzący obawiają się „rozwiązania larpa przed larpem”, ale wydaje mi się to nieco naiwnym podejściem – w końcu kto chciałby psuć sobie przyjemność odgrywania i rozwiązywania kolejnych zagadek w trakcie zabawy? Za to wcześniejsze rozeznanie, kto jest kim, sprawia, że możemy dostosować swój styl gry do tego, kto wciela się w najistotniejszych dla naszej postaci bohaterów historii, i w efekcie – lepiej odgrywać i lepiej się bawić.

O ile jednak powyższa sprawa może być uznana za kwestię gustu i zapewne część graczy była zadowolona z otrzymania kart postaci dopiero w dniu larpa, o tyle myślę, że większość osób zgodzi się ze mną w kolejnym punkcie. Mianowicie larp musicalowy, by zasłużyć na to miano, powinien – moim zdaniem – nie tylko zawierać nieco bardziej rozbudowaną (i może spersonalizowaną) ścieżkę dźwiękową, ale też mieć pewien bardzo ważny dla musicalu jako formy artystycznej element, czyli układy taneczne. Tylko, że aby gracze mogli przygotować choćby króciutkie występy, muszą dostać swoje piosenki z pewnym wyprzedzeniem, co najmniej tygodniowym, a najlepiej jeszcze wcześniej. W tym przypadku to się nie udało. Same ścieżki dźwiękowe, chociaż dobrze dobrane do postaci i odpowiednio przycięte (by nadmiernie nie przedłużać czasu trwania larpa), zostały wysłane bardzo późno, przez co prezentowane w trakcie gry scenki były pod względem tanecznym wyraźnie improwizowane i nieco chaotyczne (może poza występem Kota w Butach i Hipotetycznej Luny). Trochę dziwi, że larp zapowiadany z dużym wyprzedzeniem i przygotowany aż przez trzy osoby, w tym jedną mocno zaangażowaną w promocję larpów musicalowych, kulał pod tym właśnie względem.

Do jakości samych ról i przyporządkowanych im utworów nie mam zastrzeżeń. Mogę trochę pomarudzić, że wolę anglojęzyczną wersję „Kotów”, ale rozumiem, że użycie polskiego tłumaczenia miało pomóc ominąć ewentualną barierę językową i ułatwić wczucie się w klimat. Role zostały dobrze dobrane do możliwości graczy i świetnie odegrane. Szczerze mówiąc, znaczna część mojej przyjemności z gry wynikała z tego, że dostałam dokładnie taką postać, na jaką miałam ochotę (czyli psotnego kota-gazeciarza ze skłonnością do „pożyczania” sobie cudzych skarbów) oraz z tego, że Pumpernikiel, moja partnerka w „pożyczkach”, została odegrana przez Natt tak znakomicie, uroczo i kocio, że mogłam tylko dostosować się i zademonstrować, jak bardzo Mungojerry został owinięty wokół Niklowego pazurka.

Sama historia była prosta, ale sympatyczna, napisana z dużą dawką humoru. Dobrym pomysłem okazało się nasycenie całości bajkowymi motywami, takimi jak podstępne duchy, uśpiona królewna, tajemniczy magowie, waleczni rycerze, złote jabłka, czarodziejskie flety, et cetera. Wszystko to opisano jakby z punktu widzenia dziecka, w nieco naiwny, uproszczony sposób, który kradzież przedstawia jako „wypożyczenie”, a księżniczkę magicznie rozkochuje w szczęśliwym wybawcy. Właściwie zupełnie dobrze (a może nawet lepiej) wyszedłby ten larp, gdyby zrezygnować z nawiązań do „Kotów” czy ogólnie pojętej popkultury (bo momentami wydawały się one nieco naciągane) i muzyczne elementy dostosować do bajkowej formuły, korzystając na przykład z dziecięcych piosenek, wierszyków, kołysanek czy wyliczanek, a może i odrobiny poważniejszej, ale również poświęconej kotom, poezji. Ich skompletowanie być może wymagałoby nieco więcej pracy niż skorzystanie z gotowej bazy w postaci musicalu Webbera, ale dałoby znacznie bardziej spójny, oryginalny i nowatorski efekt. Oczywiście nie mówię, że klimat wypadł źle – było świetnie, ale czułam w tej materii pewien niedosyt – chociaż oczywiście możemy to zrzucić na moje początkowe wysokie oczekiwania.

Gra toczyła się sprawnie, praktycznie bez korzystania z jakiejkolwiek mechaniki. Bardzo mnie to cieszyło, zwłaszcza że wszyscy mocno wczuli się w odgrywane role i zatrzymywanie akcji, by przetestować jakąś statystykę, zapewne wprowadziłoby sztuczność w interakcjach między postaciami. Bohaterowie nie mieli konkretnych questów, raczej bardziej naturalne, luźne motywacje i spójnie zarysowane cechy charakteru popychające ich do takich, a nie innych działań. Ten sposób budowania postaci świetnie się sprawdził i mam nadzieję natknąć się nań na kolejnych larpach.

Niestety, płynność akcji zakłócała jedna rzecz: brak zgodności między mistrzami gry. Składając jakąś deklarację u jednego mistrza i pytając później o jej efekt u innego, można było usłyszeć, że czegoś takiego w ogóle nie da się zrobić i na takie działanie drugi mistrz nie powinien wyrazić zgody. Trudno powiedzieć, skąd wynikały różnice zdań. Może organizatorzy mieli odmiennie wizje realiów i nie zdążyli przed grą ostatecznie ustalić, która z nich obowiązuje, a co za tym idzie: co postaci potrafią zrobić, a czego nie. Możliwe też, że po prostu trzech mistrzów gry na zaledwie dwunastu graczy to za dużo i taka proporcja prowadzi do pewnego zamieszania. W każdym razie mam nadzieję, że przy okazji kolejnych odsłon „Mruczanki”, jak i przy innych kameralnych larpach, tego problemu uda się uniknąć.

Na „Mruczance” bawiłam się bardzo dobrze i mam nadzieję, że zostanie ona kiedyś powtórzona, by również inni mieli okazję zerknąć na świat z kociej perspektywy. Jestem bardzo wdzięczna wszystkim współgraczom za znakomite wczucie się w role oraz dopracowane kostiumy, które przyczyniły się do stworzenia bajkowego nastroju. Dziękuję również mistrzom gry za zorganizowanie tak interesującego projektu; mam nadzieję, że przy ewentualnych powtórkach oraz innych larpach zostaną usunięte drobne usterki, które przeszkadzały w czerpaniu pełnej satysfakcji z gry. „Mruczanka” była zabawna, kolorowa i bardzo, bardzo kocia, ale kto wie, może wcześniejsze rozesłanie ról i muzyki oraz większa spójność świata i płynność gry uczyniłyby z niej jeszcze lepszy, prawdziwie musicalowy show.

  1. Co do pierwszego zdjęcia: ten Smirnoff mnie zabił. Jeszcze obok karton Beherówki. Wyjdziemy na alkoholików.

    Co do recenzji, mam tylko jeden komentarz: dzięki :*

  2. A, miałem dodać. Myślę, że jest to odpowiednie miejsce.

    Chciałem podziękować:

    Kotu i Narien za współtworzenie,
    Wszystkim graczom za scenki, szczególnie Gott, Bellowi i Wilczycy, acz by nie było: wszystkie mi się podobały.

    Moja jedyna uwaga: czemu niektórzy z Was nie udawali, że śpiewają? Wystarczyło poruszać ustami!

    Natt i Oli (szczególnie, że to był jej pierwszy larp) za rewelacyjne odgrywanie kotów.

    Jak i całej reszcie za wspaniałą zabawę i kupę śmiechu!

    DZIĘKUJE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *