Recenzja: Fort 2012

Nawałnice i burze, które stały się głównym tematem plotek zarówno prezenterów pogody, jak i zwykłych ludzi, źle wróżyły konwentowi mającemu odbyć się w dniach 5-8 lipca 2012. Fort, bo tak ów konwent się nazywał, przycupnął w miejscowości zwanej Czyżowice i najwidoczniej odprawiono tam specjalne rytuały, które odpędziły burzowe chmury – i musiały być one najwyższej klasy, ponieważ upał, jaki towarzyszył podczas całej gry, był iście nadludzki. Każda chmurka, zwiastująca deszcz, podchodziła na bezpieczną odległość, pogrzmiała cichutko, robiąc zwiad, a następnie czmychała czym prędzej, porażona siłą czarów.

Poznawszy w ten sposób moc szamanów wynajętych przez organizatorów Fortu, rozbiliśmy namiot. Zmęczeni podróżą, zrezygnowaliśmy z LARP-a w klimacie Legendy Pięciu Kręgów i skupiliśmy się na zacnych trunkach serwowanych w pobliskiej restauracji.

Aby formalnościom stało się zadość, dnia kolejnego dokonaliśmy akredytacji, a następnie oceny strojów. Tutaj wyszły dwa problemy: skórzane opaski, które uczestnicy konwentu powinni nosić przy sobie na znak opłacenia wejściówki, miały skłonności do gubienia się zawsze i wszędzie; druga kwestia odnosi się do organizatorów: część z nich miała tendencję do komentarzy, które mogły zniechęcić gracza do wyjścia w teren. Całe szczęście sytuacje tego typu pojawiały się tylko na początku konwentu i nie dochodziło do nich podczas gry głównej.

Właśnie, gry, a raczej Gry w klimacie Warhammera! Osoby odpowiedzialne za przygotowanie Fortu wiedziały, co zrobić, aby uczestnicy rozmawiali o konwencie jeszcze przez długie dni; po kolei jednak.

Jako członkini drużyny elfów nie miałam zbyt wielkiej styczności z miastem, jednak pierwszego dnia Gry Głównej, kiedy to moi towarzysze postanowili wyjrzeć z lasu, mogłam przypatrzeć się tętniącemu życiem Reinsfield. Kowale siedzieli w kuźniach, straż była kłopotliwa jak zwykle, kucharze krzyczeli i zapraszali do siebie na przepyszne jadło. Najemnicy krążyli to tu, to tam, a nad tym wszystkim wznosił się drewniany fort. Budowla ta została stworzona specjalnie na potrzeby gry – za co chwała osobom, które przyłożyły rękę do budowy! Nie była to zwykła atrapa ani forcik, do którego mogłoby się zmieścić kilka osób. Nie, ten fort był fortem porządnym, z wieżyczką dla łuczników i drabinkami. Posiadał nawet dwuskrzydłową bramę. Zresztą, całe miasto zostało wykonane tak, aby umożliwić graczom wczucie się w klimat świata. Widać było, że włożono tutaj naprawdę wiele pracy.

Miasto prezentowało się wspaniale. Co jednak z fabułą? Ta była doskonale przygotowana. Nie nudziłam się ani przez chwilę, a jeżeli udało mi się wygospodarować czas na podziwianie, jak rośnie las, Mistrz Gry przydzielony do naszej grupy natychmiast przerywał mi te elfie zajęcia, zaganiając do dalszej akcji. Nie będę zdradzać fabuły, jaką przygotowano dla mojej drużyny, ponieważ niewykluczone, że część wątków będzie kontynuowana w przyszłym roku. Pozostaje zatem uwierzenie mi na słowo, że wiele się działo. Poczucie, że las pogrąża się coraz bardziej w Chaosie, wzmacniało się każdego dnia, osiągając punkt kulminacyjny, który został elegancko i w przemyślany sposób zakończony.

Na tym pochwały się nie kończą. Płacąc za nadgorliwość swoich szamanów pogodowych, organizatorzy zaopatrzyli graczy w wodę na trakcie – co dawało dodatkową motywację podczas marszu do obozu, gdzie zostawialiśmy butle. Aby uatrakcyjnić grę, zainwestowano również w maski (niektóre nawet świeciły się w nocy) i fluorescencyjne mazaki. Niewykluczone, że takich rzeczy było więcej, ale nie natrafiłam na nie. Co jeszcze? Schemat polowania. Tropiciele podążali szlakiem zwierzyny symbolizowanej przez kartki, które po upolowaniu można było wymienić na prawdziwe jedzenie. Dużo pochwał? To jeszcze nie koniec. Posiadając metalowe krążki, które reprezentowały pieniądze podczas gry, gracze udawali się do karczmy, gdzie kupowali normalne trunki (bezalkoholowe, rzecz jasna) i jadło.

Organizatorzy pomyśleli także o osobach, które miały problem ze zdobyciem kostiumu: przygotowano dla nich niebiesko-białe narzutki, a także możliwość wypożyczenia stroju po wcześniejszym kontakcie – o ile narzutki widziałam na własne oczy, o tyle nie wiem, jak sprawnie funkcjonowało owo „wypożyczanie”.

Gracze posiadający nadmiar energii mogli uczestniczyć w prelekcjach na różne tematy, konkursach, warsztatach i karaoke. Na nudę nie sposób było narzekać. Ci zaś, którzy lubią dobrze sobie podjeść, nie mieli powodów do utyskiwań: w restauracji, przy której ulokował się Fort, serwowano przepyszne i tanie jedzenie, a od najbliższego sklepu dzieliła nas odległość pięciu minut spacerem.

Brzmi dobrze, prawda? Czas zatem na minusy. Na stronie Fortu nie podano informacji o warunkach panujących na miejscu: czy jest dostęp do czajnika z wrzątkiem, jak wygląda sprawa toalet, jak daleko znajduje się sklep etc. Nie posiadając tej wiedzy, przywieźliśmy ze sobą wszelakiego rodzaju garnuszki, menażki i sztućce, by odkryć, że przez cały konwent nie będziemy ich używać.

Zaplecze sanitarne pozostawiało wiele do życzenia. Uczestnikom Fortu oddano do użytku jeden prysznic połączony z toaletą (wyobraźcie sobie te wieczorne kolejki…), dodatkowe dwie toalety były zaś w restauracji, którą na noc zamykano. Istniał także drugi prysznic, jednak on nie potrafił zdzierżyć tłumu graczy (socjopata jeden…) i praktycznie codziennie psuł się, zalewając całą podłogę. Sytuację ratował wąż ogrodowy, będący ulubieńcem ludzi i najlepszym przyjacielem podczas upałów. Warto więc w przyszłym roku postawić jeden prysznic polowy, który usprawniłby rytuał wieczornych ablucji.

Kolejną zmorę stanowiły opóźnienia w grze. Ludzie grający do drugiej w nocy mieli problem ze wstaniem, aby na dziesiątą rano wyjść w teren. Z drugiej strony miało to swoje zalety: omijano w ten sposób największe upały.

Spotkałam się z opiniami, że drugiego i trzeciego dnia w mieście był problem z utrzymaniem klimatu gry, gracze zaś dyskutowali na zwykłe, współczesne tematy. Nie mogę tego ani potwierdzić, ani zanegować. Pojawiły się również głosy, że niektórzy podejmowali decyzje nieadekwatne do rasy, którą odgrywali, zachowując się po prostu… ludzko. Rozwiązaniem tego problemu mogłyby okazać się prelekcje na temat zachowania się elfów, krasnoludów czy innych istot. Gracz, rzecz jasna, może zawczasu się przygotować do swojej roli, ale co z osobami, których postaci zginęły i przydzielono im nowe? Ten temat pozostawiam do dalszej dyskusji – wszak mamy rok oczekiwania na kolejny Fort.

Zatem, słowem zakończenia: Waaaaaagh!

 

Astela

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *