Falkon 2015, czyli 3 dni w szponach Tzeentcha

Pisząc recenzję, autor staje się niejako panem rzeczywistości. Oto bowiem od jego słów będzie zależeć jak dana impreza, książka lub film będą postrzegane przez inne osoby. To przez pryzmat jego słów  ludzie będą dokonywać oceny. To wielka odpowiedzialność. Odpowiedzialność o której można łatwo zapomnieć w ogniu krytyki.

Dlatego też, pisząc recenzję Falkonu 2015 starałem się podejść do niej na chłodno, na spokojnie. Odrzucić od siebie bagaż subiektywnych doświadczeń i spojrzeć na całe wydarzenie jak najbardziej obiektywnie. Starałem się dać czas moim przemyśleniom na ukształtowanie się. Nie pomogło. Ogólnopolski Festiwal Miłośników Fantastyki Falkon 2015 to największe, negatywne rozczarowanie roku.

By sprawiedliwości stało się jednak za dość, nie uważam, że jest to totalna porażka, a jedynie wypadek przy pracy. Wypadek spowodowany prawie całkowicie nową ekipą organizującą imprezę. Rzecz smutna, ale mogąca przytrafić się każdemu. Niemniej jednak trzeba napisać co było źle. Niestety, nie ma dużo rzeczy, o których mogę napisać, że złe nie były.

SONY DSC

Uważam, że najbardziej zawiedli „nowi” organizatorzy i sposób w jaki tegoroczny Falkon został poprowadzony. I to w prawie wszystkich punktach, co jest ewenementem. Zwykle jeśli organizatorzy zawodzą, to w jednym góra kilku elementach, jak dobór programu, organizacja poszczególnych bloków, zakwaterowanie etc. Jednak przy Falkonie 2015 liczba rzeczy, które wyszły dobrze jest równa liczbie palców u ręki nieuważnego pracownika tartaku. Natomiast lista błędów, pomyłek i niedociągnięć praktycznie nie miała końca. Widać było wyraźnie brak doświadczenia i przygotowania organizatorów do tak dużej imprezy. Po prostu nie podołali udźwignąć wydarzenia na taką skalę. Ale po kolei.

Chaos informacyjny to główny minus konwentu. To była po prostu wirtuozeria sprzecznych informacji. I tu sugestia do organizatorów: jak już bierzecie za patrona konwentu boga chaosu, to niech to nie będzie Tzzentch. Choć z drugiej strony nie wiem, czy nawet on byłby w stanie wymyślić takie rzeczy, jakie działy się na tegorocznym Falkonie. Punkty programowe były przenoszone na chybił trafił, bez informowania o tym prowadzących, uczestników, czy nawet osób z organizacji.  I dotyczyło to nie tylko tych „zwyczajnych” prelekcji, ale również punktów prowadzonych przez zaproszonych gości i pisarzy. Rzecz nie do pojęcia, nawet na trzydziestoosobowym konwencie w Podlaszycach Małych, tu stała się normalnością. Punkty programu były ruchome i żyły własny życiem, niczym zmutowane twory chaosu. Nie muszę dodawać, że nikomu to na dobre nie wyszło. Dochodziło do takich kuriozów, jak usunięcie prelekcji ze względu na brak prowadzącego, podczas gdy rzeczony prowadzący był na konwencie i właśnie się do prelekcji przygotowywał. Warto też dodać, że część punktów programu nie została do niego wpisana, a mimo to się odbyła. Nikt oczywiście o tym nie poinformował uczestników, mimo zapewnień ze strony organizatorów, że na pewno errata się pojawi. Nie ma to jak larpy-widmo, czy prelekcje znikąd.

Również zapisy na sesje rpg czy larpy były wyczynem porównywalnym do kupienia mięsa w najczarniejszych dniach PRLu. List było od groma, część nieaktualna, część nie wiadomo skąd się wzięła, część przestała być oficjalna parę godzin temu i trzeba zapisywać się od nowa. Do tego dochodziły problemy z wydrukiem materiałów dla graczy, rozmieszczeniem ludzi po salach czy zwykłym utrzymaniem porządku. Chaos przy tym jawił się jako oaza spokoju i stabilności. I dodajmy, że takie rzeczy działy się na imprezie, na której odbywały się konkursy „Puchar Mistrza Mistrzów” oraz „Larpy Najwyższych Lotów”. SONY DSC

Innym minusem był problem z oznaczeniem sal oraz konwentowej szkoły. I choć w budynku targów nie trudno było się zgubić, to o istnieniu bloku larpowo-erpegowego mało kto wiedział. Co prowadziło do sytuacji gdzie na ośmioosobowego lapra trudno było znaleźć graczy. Podobnie było z informacją o noclegach i ich miejscach. Ludzie gubili się na najkrótszej prostej, bo albo oznaczeń nie było w ogóle, albo natłok informacji po prostu zalewał uczestnika. Dodajmy informacji często sprzecznych lub po prostu nieaktualnych.

Najbardziej boli fakt, iż danych problemów dało się bardzo łatwo uniknąć. Wystarczyło wykorzystać system nagłaśniający hal targowych, zaktywizować helperów, rozwiesić erraty, etc. Szkoda, że organizatorzy nie wykorzystali w pełni możliwości jakie mieli.

Poruszmy teraz sedno każdego konwentu, czyli program. Czy był on nieciekawy czy, wręcz przeciwnie – interesujący, to już każdy musi ocenić sobie sam. To jedna z tych pozycji, do której każdy podchodzi subiektywnie. Jak dla menie był, co najwyżej średni. Niby kilkanaście bloków, ale w żadnym nie było niczego, co mocno rzucałoby się w oczy lub urywało głowę. Dodatkowo wiele atrakcji o podobnej tematyce odbywało się o tej samej godzinie w różnych blokach. Osoby nimi zainteresowane musiały zdecydować się na tę jedną, konkretną. A wystarczyło zrobić bloki tematyczne. Ustalenie pokazu cosplay na 22.00 też uważam za minus. Miało być to posumowaniem i ukoronowaniem dnia, niemniej jednak czekanie do 2.00 na wyniki do najprzyjemniejszych nie należało. I to tak dla uczestników jak i cosplayerów.

Wielkim błędem, według mnie, było za to wprowadzenie ścieżek tematycznych. Wygenerowało to multum problemów. Zaczynając od tego, że wzmogło panujący już chaos, a skończywszy na rwaniu i rozdzieraniu szat przez ludzi, którzy nie mogli połapać się o co chodzi w tej pajęczynie informacji. No i po co tak dużemu konwentowi, mocna otoczka fabularna? Fajnie, że chcemy dodać jakąś głębie, ale to znów więcej niepotrzebnych informacji, które nie służą absolutnie niczemu.

Minusów można by mnożyć, jak chociażby brak odpowiednich list akredytacyjnych, niszczenie cosplayów przez heleperów, bierność w stosunku do pojawiających się proSONY DSCblemów i wiele, wiele, wiele, naprawdę wiele innych. I rozumiem, że organizatorzy spinali się i starali się naprawić powstałe błędy, ale zupełnie nie było tego widać. Ba, ich starania miały skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego.

Ale przecież nie wszystko było złe prawda? Ano prawda. Na ogromne uznanie zasługuje gigantyczny i dobrze wyposażony games room. Choć i tu były problemy np. z lokacją mat do DDR-ów. Niemniej jednak przez większą część konwentu to waśnie tam skupiała się cała zabawa. Na plus należy też zaliczyć organizacje punktów gastronomicznych jak i rozkład konwentu na halach. Był on logiczny i w dziwny sposób, przyjemny. Po raz pierwszy najlepiej na konwencie czułem się pośród stoisk, straganów i mikroatrkcjiach wystawców, niż na atrakcjach programowych. To jedno z niewielu działań, które było przemyślane i przyczyniło się dobru uczestników. Plusem była też otwarta cały czas arena, gdzie można było się bardziej lub mniej heroicznie pookładać larpowymi broniami.

SONY DSCWarto też wspomnieć o fantastycznych, tegorocznych uczestnikach. Mimo kłód rzucanych im pod nogi, dopisali jak nigdy. To właśnie dzięki nim można było świetnie się bawić, wypełnić sobie połacie wolnego czasu, toczyć ciekawe dyskusje, czy odświeżyć stare znajomości. Jednym słowem dało się poczuć jedyną w swoim rodzaju atmosferę konwentu. I to im organizatorzy  powinni być wdzięczni, że impreza nie sięgnęła dna. Jak powiedziała moja znajoma: „W weekend bawiłam się świetnie. Konwent mi w tym zupełnie nie przeszkadzał”. Mam nadzieje, organizatorzy wezmą sobie te słowa do serca.

Niestety to już wszystkie plusy Falkonu 2015. Mało ich strasznie, co jest bardzo smutne. Drugi co do wielkości konwent w Polsce, do tego często stawiany w opozycji do rozbuchanego Pyrkonu, zaliczył gigantyczny upadek. Niczym pusty kolos na glinianych nogach. Rodzi to wiele pytań i przemyśleń o przyszłość tego typu imprez w Polsce. Czy podział na małe, kameralne, „szkolne” konwenty i gigantyczne fantasy-targi zostanie ugruntowany? Cóż, czas pokaże.

Ja mam nadzieję, że za rok sytuacja się nie powtórzy a Falkon 2015 będzie wspominany jedynie jako wypadek przy pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *